niedziela, 26 marca 2017

Brandon Sanderson - "Alcatraz kontra Bibliotekarze - Piasek Raszida"


Nie miałam zbyt wielkich oczekiwać co do tej książki. Odniosłam wrażenie, że będzie to zwykła historia dla nieco młodszych czytelników. Jednak czasami każdy ma ochotę poczuć się dzieckiem (dobra, ja mam taką ochotę zawsze), więc, z pewnymi obawami, zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę. Jakie mam wrażenia? Czy mi się podobała?

Alcatraz Smedry to chłopiec, który sieje wokół siebie zamęt. Psuje wszystko, czego się dotknie i tego, czego nie dotknie też. To właśnie dlatego kolejne rodziny zastępcze oddają go z powrotem. Dopiero nietypowy prezent, który otrzymuje na trzynaste urodziny przerywa tę rutynę. Niepozorny woreczek z piaskiem okazuje się mieć dużą wagę i niestety od razu zostaje skradziony. Alcatraz musi go odzyskać, stając przeciwko Bibliotekarzom. Brzmi to dziwnie, ale przysięgam, że tak właśnie było! Czy z takim szczęściem do katastrof można cokolwiek dobrego osiągnąć? Do czego służy tajemniczy Piasek Raszida?


Zacznę od tego, że ta książka zadziwia od samego początku. Zaczynając od notki autora, który podaje się za samego Acatraza Smedry'ego, poprzez zabawne rozważania na temat pisania książek, na samej fabule kończąc.
Zacznę od tyłu. Świat wykreowany przez autora i je go pomysły na fabułę, można by określić wieloma przymiotnikami, jednak wśród nich na pewno nie znajdziecie słów: "banalna" czy też "nudna". Według Alcatraza, nasz świat jest krajem nazywanym Ciszlandami lub też Bibliotekarią Wewnętrzną. Jednak władcy tegoż kraju wiele przed nami ukrywają, dając nam tylko złudzenie spokoju, szczęścia i ogromnej wiedzy o świecie. Co wy na to?

Z oryginalną fabułą zazwyczaj chodzą w parze oryginalni bohaterowie. Tutaj nie było inaczej. Mamy grono bohaterów, obdarzonych niesamowitymi zdolnościami (spóźnianiem się, niszczeniem rzeczy, pleceniem głupot, czy też przewracaniem się, słowo!).
Mamy tutaj sympatycznego antropologa o imieniu Sing, eleganckiego Quentina, szalonego dziadka i niesamowitego rycerza w srebrnych włosach. Albo raczej... rycerkę? Bastylia, bo o niej mowa, jest bohaterką, której historia mnie najbardziej zainteresowała i którą najbardziej polubiłam. Jest konsekwentna, inteligentna, odważna, z ciętym językiem. Po prostu uwielbiam ją!
No i na końcu mamy wiodącego prym Alcatraza, który, chociaż niesamowicie go polubiłam, niezmiernie mnie irytował. Dlaczego? Na początku każdego rozdziału obnażał on prawdę o autorach, zmieniając przy tym moje wyobrażenie ich jako utalentowanych ludzi, na znęcających się nad biednymi czytelnikami bestiami. I wiecie co? Podawał takie argumenty, że byłam skłonna mu uwierzyć!

"Piasek Raszida" to naprawdę genialne rozpoczęcie serii "Alcatraz kontra Bibliotekarze". Jest to książka przy której nie można się nudzić! Ciągle coś się dzieje, co rusz pojawiają się nowe zagadki, a autor co krok dokłada zaskakujące motywy, jak chociażby gadające kamienie i dinozaury. Całość wyrażona jest dość prostym językiem, ubarwionym odrobiną ironii. Podczas lektury uśmiech nieraz gościł na mojej twarzy. Serdecznie wszystkim polecam!

Pozycję tę miałam przyjemność poznać dzięki wydawnictwo IUVI!

wtorek, 21 marca 2017

Rebecca Stead - "Całkiem obcy człowiek"

Czasami mam ochotę przeczytać coś lekkiego i przyjemnego. Bez skomplikowanej fabuły, śmierci i poważnych tematów.
Widząc tę okładkę i czytając opis umieszczony z tyłu, doszłam do wniosku, że ta książka idealnie spełnia każde z tych wymagań. I wiecie co? Nie myliłam się ani trochę.
„Która to prawdziwa ty? Ta, która zrobiła coś okropnego, czy ta, która się przeraziła tym, co zrobiła? I czy jedna może przebaczyć drugiej?”
Bridge, Tabitha i Emily znają się od zawsze, ale ten rok testuje ich przyjaźń.
Em ma chłopaka (tak jakby), który prosi ją o szczególnego rodzaju zdjęcia. Tab jest młodą feministką i potrafi przejrzeć każdego na wylot, a Bridge z jakiegoś powodu zaczęła nosić kocie uszy i wciąż stara się zrozumieć, dlaczego przeżyła wypadek, którego nie powinna przeżyć. Są najlepszymi przyjaciółkami i kierują się jedną zasadą: nigdy nie kłócić się ze sobą. Czy to pomoże im przetrwać?
Sherm usiłuje zrozumieć, dlaczego ludzie rozstają się po wielu latach małżeństwa i jak to jest przyjaźnić się z dziewczyną, a dla pewniej licealistki Walentynki okażą się najtrudniejszym dniem w życiu.
A, i jeszcze Jamie, poważny starszy brat, którego głupi zakład z kumplem kończy się… no, prawie katastrofą.

Bohaterowie zostali świetnie wykreowali. Mieli wady, zalety, każdy był inny, czyli posiadali to, czego wymagam od bohaterów. Z tego też powodu nie sposób ich nie polubić. Z przyjemnością śledziłam ich losy i poczynania, kibicowałam im w trudnych chwilach, byłam szczęśliwa razem z nimi, a czas przy czytaniu mijał mi bardzo szybko.

Kolejnym ogromnym plusem tej książki jest... okładka! Wiem, że nie ocenia się książki po okładce, ale w tym wypadku jedno jest takie samo jak drugie. Przyjemne i urocze.
Ponadto styl pisania autorki jest łatwo przyswajalny, nie męczy. Czytanie tego jest po prostu przyjemnością!
Do tego fabuła jest bardzo dobrze rozplanowana. Nigdzie nie ma natłoku wydarzeń, ani nie wieje nudą - po prostu idealnie, naprawdę!

Ktoś może powiedzieć, że jest to typowa młodzieżówka. I zgodzę się z tym kimś całkowicie. Całkiem obcy człowiek to typowa młodzieżówka, ale któż nie lubi ich przeczytać od czasu do czasu? Zwłaszcza, jeżeli jest tak dobrze napisana.

Książka jest lekka i przyjemna, idealna dla zmęczonych i przepracowanych osób. Gwarantuję, że lektura tej książki będzie dla was chwilą upragnionego relaksu!

czwartek, 16 marca 2017

David Levithan - "Pewnego dnia" [Ada]

"Każdego dnia" (recenzja) to książka poruszająca wiele tematów, z którymi boryka się młodzież. Po jej przeczytaniu, od razu miałam ochotę sięgnąć po drugi tom, lecz nie był on jeszcze wtedy w sprzedaży. Niedawno udało mi się zapoznać z "Pewnego dnia". W książkę bardzo się wciągnęłam, toteż przeczytanie jej nie zajęło mi dużo czasu. Czy to jest pozycja warta uwagi? Czy to jest dobre dopełnienie do części pierwszej?

Kiedy Rhiannon spędza cudowny dzień ze swoim chłopakiem, który wreszcie jest taki, jakim go sobie wymarzyła, nie wie jeszcze, że w rzeczywistości to nie był Justin, ale A – szesnastolatek codziennie budzący się w ciele innej osoby.
Zakochany w Rhiannon A zrobi wszystko, żeby codzienna zmiana płci, wyglądu, charakteru i miejsca zamieszkania nie stanowiła przeszkody dla ich miłości. Tylko czy Rhiannon to wystarczy?


Szczerze to spodziewałam się po tej powieści czegoś innego. Sądziłam, że autor pokusi się o dodanie nowego wątku, nawet choćby drobnego. Niestety, w tej książce mamy tę samą historię, co w "Każdego dnia". Jednak tym razem pisana jest z punktu Rhiannon. Trochę się w tej kwestii zawiodłam. Ale nie do końca mogę uznać to za minus, bo dzięki "Pewnego dnia" mamy możliwość poznania psychiki dziewczyny oraz tego co ona czuję w danym momencie.

Rhiannon to osoba, która z początku wydaje się być zwykłą nastolatką. Lecz w pewnym momencie przed oczami staje inny obraz dziewczyny. Ukazana postać jest pełna tajemniczości. Spychana przez wszystkich na bok, skryta, nie mogąca wyrazić własnego zdania dziewczyna. Przemiana głównej bohaterki nastąpiła po spotkaniu z A. Rhiannon zaczęła się wtedy otwierać, szukała sposobu by pomóc chłopakowi. A odnoście Justina to... był on dla mnie taką neutralną postacią. Z jednej strony nie podobało mi się jego zachowanie, jego stosunek do różnych spraw. Z drugiej - nie wzbudzał we mnie odrazy do swojej osoby.

Język, jakim posługuje się David Levithan, jest jednym z moich ulubionych. Od pierwszych słów przypadł mi do gustu, Przyjemny, łatwy w zrozumieniu, po prostu cudowny!
Uwagę przykuwa też okładka, która z jednej strony jest prosta, a z drugiej ma w sobie to coś, co czyni ją wyjątkową. Czcionka, według mnie, dobra i przyjazna oczom.
Na uwagę zasługuje także zakończenie, które jest fenomenalne.

"Pewnego dnia" to dobre dopełnienie do pierwszego tomu, jednak czegoś w tej książce mi zabrakło. Niemniej jednak, polecam wszystkim, a zwłaszcza młodzieży, gdyż głównie do niej kierowana jest ta pozycja.
Ada.

sobota, 11 marca 2017

James Frey oraz Nils Johnson-Shelton - "Endgame. Reguły gry" [Ada]


Trzeci tom serii Endgame już za mną. Poprzednie części bardzo miło wspominam, więc z niecierpliwością czekałam na wydanie ostatniej. Cieszę się, że w końcu miałam możliwość przeczytania tej książki. Czy mi się podobała? Oczywiście! I bardzo żałuję, że to już koniec tej przygody.

Najsilniejsi i najsprytniejsi z Graczy dotarli do końcowej fazy Endgame. Klucz Ziemi oraz Klucz Niebios już odnaleziono, ukryty pozostał ostatni klucz do wygranej i ocalenia świata – Klucz Słońca. Zwycięzca może być tylko jeden!
Maccabee gra, by wygrać. Posiada Klucz Ziemi i Klucz Niebios. Teraz zrobi wszystko, by zdobyć Klucz Słońca. Ale w Endgame nic nie jest stałe. Maccabee musi grać ostrożnie i bacznie pilnować pleców. An Liu gra dla śmierci. Jego celem jest powstrzymanie Endgame i zagłada całego świata. Aisling porzuciła Grę i zdecydowała się walczyć po stronie życia.
Aisling, Sarah, Jago, Shari i Hilal nie dopuszczą do zakończenia Endgame. Klucz Słońca nie może zostać odnaleziony. Tych pięciu Graczy postanowiło ustanowić własne reguły Gry. Wszystkich łączy jedno. Są gotowi umrzeć, by osiągnąć zamierzone cele. Doprowadzą sprawy do końca, ale na własnych zasadach.


Układ graficzny w książce jest trochę nietypowy, jednak da się do niego przyzwyczaić. Autorzy posługują się prostym językiem, a budowane przez nich zdania są krótkie. Tak jak w poprzednich tomach, mamy do czynienia z krótkimi rozdziałami, w których opisane są losy poszczególnych bohaterów, chociaż w tej części gracze łączą swoje siły. Każdy z nich wywarł na mnie ogromne wrażenie. Każdy z nich czymś się wyróżniał. Każdy z nich wykazywał się odwagą. Każdy zapadł mi w sercu i w pamięci. Każdego polubiłam. Niestety zostawało ich coraz mniej.

Dzięki temu, że bohaterowie łączą się, zmniejsza się liczba narratorów, przez co bardziej możemy wczuć się w klimat powieści. Akcja powieści jest dynamiczna, zawiera liczne zwroty. Ani na moment nie zwalnia, nie ma chwili odpoczynku na pozbieranie dotychczasowych myśli, które nasuwają się w trakcie lektury. Do tego te wszystkie emocjonujące momenty, losy graczy. To wszystko sprawia, że czytelnik nie może oderwać się od tych czarnych liter. Strony przewracane są szybciej, a gdy oczom ukazuje się tylna okładka, trudno w to uwierzyć. 

"Reguły gry" to doskonałe zwieńczenie serii Endgame. Jedynym, bardzo malutkim minusikiem było to, że nie na wszystkie moje pytania znalazłam odpowiedź. Jednak zdecydowana większość moich wątpliwości została rozwiana. Rzadko spotyka się książki o takiej tematyce, a zwłaszcza tak dobrze napisane. Z całego serca polecam wszystkie trzy tomy, bo to na prawdę warte uwagi pozycje. 
Ada.

poniedziałek, 6 marca 2017

Ava Dellaira - "Kochani, dlaczego się poddaliście?" [Clevleen]

O tej książce było dość głośno parę miesięcy temu. No może paręnaście. Nominowana do Najlepszej Książki Młodzieżowej Roku 2014 przez Goodreads, sprzedana do osiemnastu krajów, wraz z prawami filmowymi. Po takich informacjach, spodziewałam się wspaniałej, poruszającej powieści. Czy się zawiodłam?

Nastoletnia Laurel właśnie zaczyna naukę w liceum. Nie jest jej jednak łatwo, ponieważ kilka miesięcy wcześniej straciła siostrę, z czym zupełnie nie może się pogodzić. Zwłaszcza, że May była dla niej niedoścignionym ideałem. Teraz jednak siostry nie ma.
Dziewczyna sama musi poradzić sobie z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Znaleźć przyjaźń i miłość, starając się pogodzić z przeszłością. Pomaga jej w tym praca domowa by napisać list do kogoś zmarłego. Daje jej to okazję do rozpoczęcia przelewania swoich uczuć w listach do zmarłych gwiazd, m. in Kurta Cobaina czy Jima Morrisona. Przybliża ją to do uporania się ze swoją największą tajemnicą, a zarazem kluczem do wybaczenia i ukojenia.

Autorka wybrała bardzo ciężki temat na debiut. Śmierć i radzenie sobie z nią jest tematem omijanym szerokim łukiem przez większość pisarzy. Dlaczego? Wydaje mi się, że bardzo ciężko jest przelać na papier emocje, które towarzyszą człowiekowi po stracie bliskiej osoby. Są one tak intensywne i silne, że ciężko jest przypomnieć sobie jak się wtedy czuło, a co dopiero oddać to słowami. Autorka uczyniła z tego wątek przewodni powieści i wyszło jej to naprawdę dobrze, mimo iż na początku miałam pewne zastrzeżenia do realizmu uczuć Laurel. Ale z każdą stroną było coraz lepiej. A przynajmniej pod tym względem, bowiem inne aspekty tej powieści nie wypadły zbyt dobrze.

Zacznę od bohaterów. Byli oni realistyczni, ale, jeżeli mam być szczera, żaden nie wzbudził mojej sympatii. Przede wszystkim nie podobała mi się ich zmienność charakterów. Według mnie przynajmniej połowa tych postaci nie była prowadzona konsekwentnie, co niezmiernie mnie irytowało. Raz mamy wielką miłość, raz świadomość o rychłym rozstaniu, raz mamy zdecydowane, pewne siebie osoby, a chwilę później są one nieśmiałe.

Kolejną rzeczą, która mi się nie spodobała, to niewykorzystanie potencjału formy, którą wybrała autorka. Przez pierwsze pół książki czytałam zwykłą powieść, która różniła się jedynie tym, że na początku rozdziału zamieszczone było "Drogi/a ...". Podkreślały to zwłaszcza błędy takie jak mówienie o adresacie listu w trzeciej osobie. Ponadto w tekście jest masa literówek i błędów gramatycznych, które nawet mnie, a ja mam bardzo wysoką tolerancję na takie rzeczy, denerwowały.

Autorka, mimo że miała świetny pomysł, nie wykorzystała jego potencjału. Mam wrażenie, że "porwała się z motyką na słońce". Mimo to widać, że pisarka w trakcie tworzenia powieści bardzo się rozwinęła, dlatego też myślę, że i tak sięgnę po jej kolejną książkę.